Cześć, nazywam się Przemek.


Jest to strona mojej WYPRAWY z Gór do Morza 2009. Polega ona na przejściu trasy z Zakopanego, a dokładniej z najwyższego szczytu Polski, Rys (2499m n.p.m.) do najdalej wysuniętego punktu Polski na północy znajdującego się w Jastrzębiej Górze. Wprawdzie jest to wędrówka jednoosobowa, jednak towarzyszyć będzie mi moja wspaniała sunia Verga rasy Syberian Husky. Zamierzam przejść całą Polskę na piechotę bez skorzystania z jakiegokolwiek transportu, nawet wozu konnego:) Zachęcam do śledzenia mojej wędrówki, będą na bieżąco relacje, oraz co jakiś czas zdjęcia.


Trzymajcie kciuki


KSIĘGA GOŚCI


Księga gości

Dodaj swój wpis



AKTUALNOŚCI

Podziękowania

Chciałbym podziękować wszystkim dzięki którym ta wyprawa doszła do skutku, oraz tym dzięki którym odbywała się ona jako tako bez problemów i w miarę przyjemnie. Po pierwsze, dziękuje wszystkim osobom które wykupiły kilometry na moją wędrówkę. Dzięki Wam było to możliwe, bo nawet najlepsze chęci bez jakiegokolwiek pokrycia materialnego nie mają szans się spełnić. Nie dziękuje jednym bardziej niż drugim, każda złotówka była ważna i za każdą złotówkę dziękuje. Dziękuje także a może przede Wam Agnieszko i Darku, gdyż Wy pomogliście mi w największej ilości rzeczy. Dzięki Waszym pomysłom, radom i wsparciu nadzieja że to się uda nie umierała, lecz żyła we mnie i wzrastała. Codziennie umożliwialiście mi planowanie tego „czegoś”, w fundacji nic nie robiłem, cały czas gadałem o jednym, ale Wam to nie przeszkadzało (a chociaż nie mówiliście głośno :P) za wszystko DZIEKUJE Dzięki Ci Mariusz ciągle info „z frontu”. Niezła z Ciebie pogodynka :P Osobom które podtrzymywały mnie na duchu telefonicznie (za duchowe wsparcie też dziękuje, ale tych osób nie jestem w stanie wymienić :P) A więc przede wszystkim dla Igi Rosołowskiej ze Starachowic. Dzwoniłaś codziennie, nie było dnia abym nie gadał z Tobą co najmniej pół godziny. Czasem było to milczenie, ale jednak świadomość że nie jestem sam pomagała bardzo, bardziej niż czekolada na trasie :P Także podziękowania dla Agnieszki Rondudy. Wprawdzie nie dzwoniłaś często, ale wspierałaś mnie przed wyprawą. Rozmowy z Tobą zawsze mi pomagały. Dziękuje Także dla wielu innych osób które dzwoniły, bądź pisały, ale wybaczcie, te dwie dziewczyny zapamiętałem przede wszystkim ;) Tzn. był ktoś jeszcze, ale nie wymienię imienia z powodów prywatnych ;) Wielkie dzięki dla Rafała Tylaka (dobra, napisze normalnie :P) dziękuje Bocianowi za znalezienie noclegu w Łodzi, oraz Kamilowi Rządkowskiemu, u którego to spaliśmy z Mariuszem Bugą ;) Dzięki Wam panowie za nocleg, śniadanka (ahh, ten zapach jajecznicy rano, bezcenne!!) za zwiedzanie miasta do nocy, jednak Łódź to fajne miasto, polecam ;) Dla Sylwi Czekalskiej, oraz Emilii Trzeciak za noclegi we Włocławku. Były to chyba najlepsze dni na wyprawie, dziękuje. Dziękuje Tobie Karolinko Potocka, gdyż gdyby nie Ty to miałbym problemy z powrotem :P Choć musimy się nauczyć czytać ze zrozumieniem :P (wiesz o co chodzi) To chyba tyle co mi przychodzi do głowy. Zapewne o wielu osobach teraz zapominam, ale trudno wypisać każdego, bo każdemu jestem winien wdzięczność. A wiec aby to nadrobić, śle Wam wszystkim DZIĘKUJE


5 Lipca 2009 NIEDZIELA KONIEC MORZE

Pomimo budzika na 4.15 z pobudką było ciężko i po długim dobudzaniu wstałem gdzieś 4.40. krótkie śniadanko z tego co mi zostało z kolacji (opakowanie herbatników i 0.5L mleka) i ruszyłem. Było zimno, szedłem początkowo w polarze, jednak się zgrzałem i zdjąłem go. Jeszcze chwilkę pomarzłem, ale potem było już dobrze;) No to tak, tego dnia miałem już dojść do Morza, zostało ok. 40km Szło się bardzo fajnie... z początku;) W pewnym momencie, już za miejscowością Zbychowo szedłem sobie leśnym asfaltem. Lecz jak to ja, zobaczyłem na mapie mały skrót, najwyżej 500m mniej, ale jednak. Zobaczyłem drogę w las, no wiec skręciłem. Ide, ide, ide, no i... no i okazało się ze to nie była ta droga:/ skręciłem za wcześnie:( po jakimś czasie dotarłem już na dobrą drogę pożarową która mogła prowadzić tylko do miasta. Idąc nią zobaczyłem ze czegoś mi brakuje. Okazało się że tym czymś była mapa. Trzymałem ją w pokrowcu od aparatu przy pasie. Zdjąłem plecak, przeszukałem kieszenie, ostatnia mapa jest (korzystałem jeszcze z przedostatniej), aktualnej już nie. Wróciłem się biegiem z kilometr do tyłu. Biegnę, wciąż jej nie widzę. Zatrzymałem się, patrzę w kieszenie, a tu niespodzianka. Aktualna mapa jest w kieszeni, a ostatniej... nie ma. Pomyślałem sobie „leży gdzieś w plecaku”. Wróciłem się też biegiem. Przeszukałem plecak, a mapy ostatniej, z której miałem zaraz korzystać nie było. Musiałem ją zgubić jak biegłem, albo ze zmęczenia pomyliłem mapy i tą zgubiłem jeszcze wcześniej. Tak czy siak uznałem ze się już nie wracam po nią. Potem odczułem konsekwencje tej decyzji, najgorszej na całej wyprawie:/ Gdy wyszedłem z tego lasu, okazało się ze jestem w Rumii, spory kawał przed wylotem leśnego asfaltu, który wylatywał w Redzie. Nie pozostało mi nic innego, jak iść wzdłuż torów (nie było przejścia, a druga strona ogrodzona:/) doszedłem do Redy, zjadłem jako taki obiad (bułki i jogurt) i ruszyłem dalej, próbując utrwalić w pamięci tamtą mapę. Wszedłem w las który miałem jeszcze na mapie przedostatniej, lecz... i tak się zgubiłem :P W pewnym momencie, przy kolejnym skrzyżowaniu głośno wykrzyknąłem pewne brzydkie słowo (nie będę pisał jakie), a okazało się ze tuz obok jakieś 3 osoby zbierały jagody. Spytałem, powiedzieli mi jak iść i poszedłem dalej. Z czasem odbiłem z drogi którą mi wskazali, gdyż zaczęła iść za bardzo na zachód, a miałem dobry skręt na północ. No i dobrze zrobiłem, jeszcze trochę kluczenia i dotarłem do szlaku gdzie byli ludzie!! Początkowo nikogo nie widziałem, zjadłem ostatnie żelki, Verdze dałem ostatnią wodę. Pogadałem trochę przez telefon z pewną osobą i postanowiłem ruszyć dalej mimo braku wiedzy gdzie jestem. Chwile potem spytałem się rowerzysty i okazało się ze byłem tam gdzie myślałem, na szlaku rowerowym do Jastrzębiej Góry:) Jednak mając w pamięci ten szlak wiedziałem ze można go w jednym miejscu nieźle skrócić. No i spytawszy się kolejnej rowerzystki, która poradziła mi zejść ze szlaku, poszedłem troszkę inną drogą. I był to drugi najgorszy krok jaki zrobiłem na tej trasie. JESLI WIESZ ŻE SZLAK GDZIEŚ PROWADZI, TO NIESCHODZ, MIMO SKRÓTÓW!! Lepiej dłużej, a do celu. Idąc tak sobie dotarłem do miejscowości jakiejś, jednak z powodu braku mapy nie wiedziałem jakiej. Zatrzymałem się przy sklepie, spytałem jak daleko do Jastrzębiej i okazało się ze zostało ok. 18km (pokonałem już tego dnia ze 30). Posiedziałem trochę, dostałem darmo loda, napiłem się soku, napełniłem zasoby wody i ruszyłem drogą wskazaną przez sprzedawczynię. Dotarłem do głównej drogi i jak to ja musiałem spojrzeć na kompas. No i droga szła na zachód, a miałem drogę na północ przez pola. No i moja inteligentna główka zdecydowała się spróbować kolejny skrót (przypominam ze byłem już bez mapy). Przez jakiś czas było dobrze, lecz w pewnym momencie dotarłem dosłownie w pole. Miałem do wyboru, totalne południe, kanał, kanał i drogę powrotną. Starałem się znaleźć przejście przez te kanały, jednak z plecakiem i psem było to trudne. Odpuściłem... Byłem załamany, naprawdę, najgorszy moment tego dnia jak nie wyprawy. Byłem już tak blisko morza, a stałem w polu nie mając pojęcia gdzie iść. Chciałem usiąść i zostać tu, a najlepiej wrócić do domu. I wtedy zadzwoniła do mnie pewna osoba. (kto zostawię dla siebie) Byłem załamany, nie miałem pojęcia gdzie iść, jedyna opcja to powrót, czego ja bardzo nie lubię, zwłaszcza ze byłem z godzinę drogi od innej możliwości trasy. Jednak Ona potrafiła mnie pocieszyć, kazała mi się podnieść, przestać rozpaczać. Spowodowała u mnie uśmiech w najgorszym momencie wyprawy. Wmówiła mi że się uda i... uwierzyłem w to, uwierzyłem ze uda mi się dojść do celu, mimo beznadziejnej pozycji. Wróciła mi wiara ze to ma sens, poczułem ze nie jestem sam, choć Ona była daleko. Powstrzymałem się od łez, choć było już blisko i po jeszcze chwilowej rozmowie ruszyłem dalej. Dziękuje Ci ze zadzwoniłaś, wiedziałaś kiedy było mi źle. Zawróciłem, poszedłem kawałek. Nagle zobaczyłem na drugim końcu jednego pola coś jakby drugi wylot. Postanowiłem zaryzykować i od tej pory było już z górki. Wylot okazał się rzeczywisty. Potem była długa, pokręcona droga, przy każdym zakręcie strach i nadzieja aby droga biegła dalej, gdyż byłem już naprawdę daleko w polu. I udało się, dostałem się do pewnego wzniesienia, koniec kluczenia w polu. Labirynt minotaura to pestka przy tym ;P Poszedłem dalej, zobaczyłem jakieś dzieciaki, jednak one nie znały okolic ani trochę. Znów zaryzykowałem i poszedłem na północ, zamiast drogą do miasta i dalej asfaltem. Jednak znów miałem szczęście i spotkałem w polu starszego człowieka z pieskiem który wytłumaczył mi dokładnie drogę do samej Jastrzębiej Góry. Wysłuchawszy go, ruszyłem dalej, przez pole, potem drogą z płyt betonowych, które mimo ze szły na południe to wiedziałem ze zaraz skręcą i będę szedł na północ;) Gdy dotarłem do jakiejś miejscowości wszedłem na główną drogę do Jastrzębiej i już tam zgubić się nie mogłem;) Dalej, jakieś 7km przed celem zatrzymał się jeden pan z propozycją podwózki, bo mu się zrobiło mnie szkoda :P Jednak mając już kawałeczek do ukończenia marzenia postanowiłem ze jednak, mimo wcześniejszych narzekań w polu, dokończę to na własnych nogach. Gdy dotarłem do miasta, zdziwiłem się, bo nigdzie nie widziałem plaży, ba, nawet żadnych wielkich ilości knajp czy cuś. Potem się dowiedziałem ze centrum jest jeszcze dalej, a idzie się do niego taką drogą przy której nic nie ma. Jak doszedłem do zejść na plaże to się wkurzyłem, to okazało ze „zakaz wprowadzania psów”. Jednak uznałem ze nie po to przeszedłem całą Polskę aby mnie teraz nie wpuścili na plaże. Wszedłem, usiadłem na ławce i... skończyłem trasę. Byłem nad Morzem Bałtyckim Cała Polska za mną, Ok. 900km drogami, lasami, polami, na przełaj i po szlakach, przez szczyty i strumienie, w słońce i w deszcz, w dobrym i złym humorze, w dzień i w nocy. Udało się dotarłem do Morza Bałtyckiego. Cel osiągnięty... misja skończona... Nie wierzyłem ze się to uda jak to wymyśliłem, ale radość z powodu piasku pod stopami była naprawdę wielka. Pozostało mi wspomnieć całą trasę i powiedzieć sobie: UDAŁO SIĘ:) Verga chyba zrozumiała ze to koniec bo mimo wielu kilometrów tego dnia była jakby weselsza;)

niedziela, 5 Lipca 2009



4 Lipca 2009 Sobota przed Wejcherowem

Rano wstałem jakoś koło 8. dostałem śniadanie, pożegnałem się i ruszyłem w przedostatni odcinek trasy. Wędrowałem zielonym szlakiem, choć w jednym miejscu sobie go nieźle skróciłem;) Potem od miejscowości Jodłowno zaczęło się spacerowanie bez szlaku. Planowałem tego dnia iść cały czas, nawet w nocy, aby dojść na godzinę 13 nad Morze. Jednak będąc jeszcze trochę od Wejherowa nogi odmówiły mi posłuszeństwa, zaczęło padać i ogólnie byłem zmęczony. Rozłożyłem się wiec na przystanku autobusowym gdzieś w miejscowości Koleczkowo, już w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym. Postanowiłem się przespać ze 3h i ruszyć dalej. Budzik na godzinę 4.15 i w kime. Było strasznie niewygodnie, ale jednak sen to sen.

sobota, 4 Lipca 2009



3 Lipca 2009 Pitek dalej w drodze

Wstałem chyba koło 8 jakoś, krótkie pakowanko i ruszyłem dalej, gdyż śniadania i tak nie miałem aby zjeść. Postanowiłem dziś znów zrobić większy kawałek, ale cóż, różnie to bywa;) Droga znów nie była łatwa, gdyż pogoda bywa bezlitosna. Z czasem dotarłem do miejscowości Nowy Wiec. Było już późno więc zacząłem szukać tam noclegu. Jednak nie udawało mi się nic, kolejne próby pełzły na niczym. W pewnym momencie iskierka nadziei się pojawiła, zagadałem z jednym gospodarzem, dostałem kolacje, jednak z nocowania nici. Wskazali mi za to miejsce gdzie mogę spać. 2km dalej miał być klasztor, gdzie ponoć przyjmują wędrowców. No wiec jako ze nie miałem innego wyjścia ruszyłem dalej. Zrobiło się ciemno, czołówka poszła w ruch. Dodatkowo szlak pozmieniali w stosunku do tego co było na mapie i straciłem trochę orientacje. Jednak w pewnym momencie dotarłem do czegoś jakby szkoły w miejscowości Drzewina. Okazało się ze był tam jakiś obóz z „biura turystyki aktywnej KOMPAS”. Spytałem i się udało, pozwolili przenocować na hali. Był prysznic, dach, prąd, materace, czego więcej chcieć;) po dokonaniu wszystkich czynności (kąpiel, opowieści itp.) ułożyłem się spać.

piątek, 3 Lipca 2009



2 Lipca 2009 czwartek 15 km razem z Piotrkiem

Planowaliśmy wstać o 8 rano, lecz niestety od planów do wykonania u mnie daleko :P Pobudkę zrobiliśmy sobie koło 10. potem śniadanko, krótka pogawędka no i ruszyliśmy koło 12. Tego dnia szedłem z Piotrkiem, krótki kawałek, ale zawsze jakieś towarzystwo;) wpierw zaliczyliśmy sklep, aby zasilić żołądek czymś zimnym, bo było strasznie gorąco. Potem ruszyliśmy w kierunku miejscowości Osie, gdyż Piotrek uznał ze tam może ze mną iść. Było to wprawdzie tylko 15km, ale bardzo miłe, bo super mi się gadało z nim. Tam też zjedliśmy coś, On wrócił do domu na stopa, a ja posiedziałem jeszcze trochę, lecz gdy zobaczyłem ze siedzę już godzinę to ruszyłem dalej. Dalej szedłem całkiem fajną drogą, bo prawie cały czas lasy. Było gorąco, ale znośnie dzięki lasom. Szło się oczywiście ciężko, bo jak może być po tylu km-kach i z ciężkim plecakiem, oraz bolącą nogą (jak szedłem z Piotrkiem to zawiązałem za mocno buta i mnie piszczel zaczął boleć) Gdy dotarłem do Kasparusa, to uznałem ze i tak nie dojdę tam gdzie chciałem, to postanowiłem, że idę tyle ile dam rade i śpię w lesie. Rozłożyłem się przy zakręcie do leśniczówki (miałem jakieś 300m,) ale że chciałem spróbować spania w lesie, na hamaku (nosiłem hamak całą drogę, a nie spałem wcześniej ani razu) wiec rozłożyłem się w miejscu gdzie stał taki stolik dla spacerowiczów. Zjadłem kolacje, rozłożyłem hamak i poszedłem w kime. Początkowo nie mogłem usnąć, bo jednak las to las, ale potem sobie pomyślałem ze przeszedłem już taki kawał i żyje, to tu też nic mi się nie stanie. I sen przyszedł...

czwartek, 2 Lipca 2009



1 Lipca 2009 środa Piotrek z Gacek

Wstałem koło 8rano. Ks. Proboszcz przyniósł mi śniadanie, zjadłem, umyłem się i po jakimś czasie ruszyłem. Wiedziałem ze będzie ciężko, bo było gorąco, a do przejścia ponad 60km:/ Ruszyłem. Koło 11 byłem w Chełmży. Potem kierunek Chełmno. Szło się strasznie ciężko, najpierw gorąc, potem trochę kropiło ze 3h, potem znów gorąc. Przekroczyłem Wisłę na moście między Chełmno a Świecie, WISŁA po raz trzeci;) wtedy poczułem ze to już końcówka, że za kilka dni będę w domu;) Szedłem dalej bo miałem załatwiony nocleg w miejscowości Gacki u Piotrka z 88 DSH Czarne Łapy. No wiec trzeba było tam dojść. Początkowo myślałem ze uda się to zrobić do 20, potem że będę na 21, ale ostatecznie byłem ok. 21.30. Było cholernie ciężko, ok. 60km-ek za mną, nogi bolały jak cholera, plecak ciążył a to jeszcze nie koniec. Ale chociaż przerwa, a zacznę dalej rano;) Dostałem kolacje, wykąpałem się, pogadaliśmy trochę i poszedłem spać. Dobranoc;)

środa, 1 Lipca 2009



30 czerwca 2009 wtorek STRAŻAKI

Wstałem trochę późno bo dopiero koło 9. gospodarz przyniósł mi śniadanie, rozpatrzyłem się na mapach i policzyłem wszystko. A wiec tak, nad morzem będę w niedziele 5 lipca jakby kto pytał, aczkolwiek mogę być trochę późno. Ale niedziela;) Ruszyłem w drogę, planowałem dojść do Chełmży, niestety się nie udało. Pogubiłem się trochę w lesie, gorąco było, wiec i trasę trzeba było skrócić. Dotarłem do miejscowości Gronowo. Poszedłem do OSP z nadzieją że tam się uda. Wprawdzie się nie udało, ale jeden strażak (nie znam imienia:/) pomógł mi znaleźć nocleg. Poszliśmy do ks. Proboszcza. Wprawdzie początkowo się nie udało, ale potem Ksiądz nas dogonił i zaproponował taką sale parafialną. Poszliśmy tam, potem koledzy przynieśli mi jeszcze trochę jedzenia i herbaty i pogadałem trochę z nimi, z Księdzem i potem jeszcze z Organistą. Zgodnie z obietnicą: POZDROWIENIA DLA EKIPY Z GRONOWA, dzięki za pomoc;) Poszedłem spać koło 1 w nocy, bo trza było popisać trochę jeszcze :P

wtorek, 30 Czerwca 2009



30 czerwca 2009 wtorek STRAŻAKI

Wstałem trochę późno bo dopiero koło 9. gospodarz przyniósł mi śniadanie, rozpatrzyłem się na mapach i policzyłem wszystko. A wiec tak, nad morzem będę w niedziele 5 lipca jakby kto pytał, aczkolwiek mogę być trochę późno. Ale niedziela;) Ruszyłem w drogę, planowałem dojść do Chełmży, niestety się nie udało. Pogubiłem się trochę w lesie, gorąco było, wiec i trasę trzeba było skrócić. Dotarłem do miejscowości Gronowo. Poszedłem do OSP z nadzieją że tam się uda. Wprawdzie się nie udało, ale jeden strażak (nie znam imienia:/) pomógł mi znaleźć nocleg. Poszliśmy do ks. Proboszcza. Wprawdzie początkowo się nie udało, ale potem Ksiądz nas dogonił i zaproponował taką sale parafialną. Poszliśmy tam, potem koledzy przynieśli mi jeszcze trochę jedzenia i herbaty i pogadałem trochę z nimi, z Księdzem i potem jeszcze z Organistą. Zgodnie z obietnicą: POZDROWIENIA DLA EKIPY Z GRONOWA, dzięki za pomoc;) Poszedłem spać koło 1 w nocy, bo trza było popisać trochę jeszcze :P

niedziela, 28 Czerwca 2009



29 czerwca 2009 PONIEDZIAŁEK W końcu w drogę

Wstaliśmy ok. 8 rano. Niedługo potem wpadła Sylwia, zjedliśmy śniadanko, potem posiedzieliśmy trochę pogadaliśmy no i wariowaliśmy do ok. 15 chyba. Potem poszliśmy na Plac gdzie dziewczyny były umówione z kimś, a ja miałem plac po drodze aby dostać się na most i ruszyć dalej. Pożegnaliśmy się, było smutno, bo fajne były te dni, wspominam je bardzo miło i gdybym mógł to zostałbym tam jeszcze z tydzień. No ale trzeba było ruszyć. Przekroczyłem Wisłę po raz drugi, pierwszy był w Krakowie :P Potem ruszyłem dalej, szło się ciężko, chyba się odzwyczaiłem od plecaka;) Dotarłem do miejscowości Brzeźno i tam spędziłem noc. Warunki może nie super dobre, ale prąd był i łóżko (ocena 4/10)

poniedziałek, 29 Czerwca 2009



28 czerwca 2009 NIEDZIELA ROK HARCERSKI WE WŁOCŁAWKU DOBIEGŁ KOŃCA

Noc spędziłem u Ojca Sylwii. Wstaliśmy dość wcześnie rano (4 to chyba dość wcześnie) ale i tak się spóźniliśmy na zbiórkę zamykającą rok Harcerski w Hufcu Włocławek która była o 11.11. Gdy dotarliśmy na nią, to poczekaliśmy troszkę i ruszyliśmy na trasę. Było kilka punktów, jedne fajne, inne nie, ale jakoś dotarliśmy do końca. Na końcu pogadaliśmy wszyscy, każdy z każdym, potem apel zamykający i rozstrzygnięcie gry. Oczywiście wygraliśmy (tzn. Kolumbowie wygrali, a ja z nimi) Potem posiedzieliśmy jeszcze w pare osób i gadaliśmy ponad godzinę. Potem ruszyliśmy do miasta. Miałem je odprowadzić i ruszyć w trasę. Ale jak się zegnaliśmy to była już ok. 17 chyba wiec uznałem ze nie ma sensu, bo przejdę może z 15km. Emila zadzwoniła do rodziców, no i ze zgodzili się aby przenocował, to spędziłem we Włocławku jeszcze jedną noc. 4 noc, a miała być jedna :P Wieczorem jeszcze odprowadziliśmy Sylwie do domu, wróciliśmy, pogadaliśmy trochę i poszliśmy spać.

niedziela, 28 Czerwca 2009



27 czerwca 2009 DZIEŃ XIX - Czyli prawie XX dzień

wstałem po 7 obudzony przez Sylwie bo ona nie mogła spać i Jej sie nudziło:P poszliśmy z Verga do sklepu i na spacer idąc trasą którą zrobiłem idac z gostynina (oczywiscie tylko kawałeczek) pochodzilismy troche, potem kilka godzin przed TV, a ok 17 poszliśmy na takie spotkanko ze znajomymi;) i było miło;) ogólnie dzień minął na leniuchowaniu i zbieraniu siły na dalsze kilometry, bo jeszcze troche ich zostało. Wprawdzie już tego dnia miałem ruszac dalej, a że zostałem to mam teortycznie dzień opóźnienia, ale uznałem że skoro jest juz okazja do spotkania to trzeba korzystać. Następnego dnia mam zamiar wybrać sie jeszcze tylko na zbiórke zamykajacą rok harcerski i po tym rusze dalej w trase bo pomimo że jest miło to dłużej juz nie moge siedzieć, nawet jakbym chciał, bo kiedyś trzeba dotrzeć nad to Morze No, opis tych dwóch dni ostatnich nie był za długi, ale po prostu nic sie nie działo ciekawego, ani nieciekawego, po prostu nic;/ niedziela będzie już bardziej opisana bo wracam na trase;) trzeba zakończyc wreszcie ta wędrówke. A, jeszcze powiem co z moją nogą, bo sporo osób sie pyta. Bolała mnie od Częstochowy z powodów nieznanych. opuchła itp. wyprostowanie równało sie z wielkim bólem, ale chodzic sie dało, bo po kilometrze ją rozchodziłem i szło sie dobrze;) Teraz opuchlizna zeszła, noga mniej boli, da sie wyprostować, ale czasem jak sie zasiedze to znów zaczyna boleć i znów kuśtykam na jednej. Ale najgorsze już za mną, więc póki co brak przeszkód;)

sobota, 27 Czerwca 2009



26 czerwca 2009 DZIEŃ XVIII - U Sylwii

No to troszke o piątku:) jak napisałem wczesniej pobudka była wczesnie i to bez snu tak naprawde. Potem udałem sie do Sylwii gdzie odespałem godzinke i pochodziliśmy po mieście troche bo Verga sie nudziła. Ogólnie dzień minął na nudach. koło wieczora udaliśmy sie na drugi koniec miasta do Sylwi ojca u którego miałem spać. pogadaliśmy troche o wspólnym temacie, tzn Górach. Ogólnie gadało sie fajnie, bo tematów okazalo sie wiecej, tylko dziewczyny narzekały ze nic nie rozumieją:P Przyszła Emila w międzyczasie, też troche pogadaliśmy. wprawdzie miałem nastepego dnia ruszać, ale tata Sylwi powiedział ze moze uda sie polatac na motolotni, to postanowiłem zrobić jeszcze jeden dzień wolnego potem sie jakoś usneło no i obudziło sie nastepnego dnia rano;)

piątek, 26 Czerwca 2009



25 czerwca 2009 DZIEŃ XVII - Park Gostynsko-włocławski

W czwartek miałem do pokonania Park Gotyńsko-Włocławski. Jest on całkiem duży i zastanawiałem sie czy uda sie przejść cały na jeden dzień. ale ze ruszyłem niewiele po 8, to miałem dużo czasu. Idąc początek Parku błagalem aby reszta szlaku była lepiej oznaczona, gdyż tu było tragicznie. Nawet nie znalazłem poczatku, gdzieś w trakcie wszedłem na szlak. Poza tym ścieżki niektóre nie różniły sie niczym od zwykłego terenu wśród drzew, trudno było sie zorientowac jak iść a znaczek co kilkadziesiąt metrów. No ale jakos sie szło, strasznie duszno, wyścig z burzą (na szczescie na dwóch osobnych torach, bo grzmiało ale nie padało na mnie) Z czasem zgubiłem szlak i szedłem po prostu w kieruku włocławka jakaś droga pożarową. Potem pare skrótów w lesie na przełaj aby bylo szybciej i dotarłem do Telązni Leśnej. I tam dopiero sie odnalazłem spowrotem na mapie. Potem długi kawałek do włocławka, bo było z 15km. ale poszło stosunkowo szybko nawet, chyba dlatego ze jak wyszedłem tej z Telażni to miałem jeden postój na 5min:P Potem dotarłem do Włoclawka, spotkałem Sylwie z Kolumbów i Ole ze Scatterów i poszlismy do komendy Hufca gdzie miałem spać. Spotkałem kilka innych osób, Posmialiśmy sie, nagadalismy, a najważniejszym tematem którego nie mogliśmy rozstrzygnac było stwierdzenie czy mozliwe jest przyżądzenie naleśnika w jabłku bez jakiegokowiek okaleczania jabłka:P Jakoś nie mogliśmy dojśc do porozumienia w tej sprawą, potem przeniósł sie temat na ser w marchewce z tym samym warunkiem nieruszania marchwi:P Nastepnie udałem sie na mycie, a potem spać. trzeba było sie troche drzemnąć gdyż poprzednie noce były mało owocne w sen. Spało niewiele osob, niektórzy grali w państwa miasta cały alfabet:P zeszło im sie 1,5h ponoć ja starałem sie spać, ale z powodu hałasu na górze i nie tylko było to mało możliwe:P paczka ta co nie spała zrobiła nam pobudke o 7rano no i trzeba było wstawać i troche ogarnąć.

czwartek, 25 Czerwca 2009



24 czerwca 2009 DZIEŃ XVI - Gostynin

No więc tak, w piątku spaliśmy na przystanku autobusowym w środku miasta i już o 5 zaczeli ludzie chodzic i jakoś tak sie obudziłem. Potem do 6 już spać nie mogłem, a po 6 mieliśmy wstać wiec nie było już czasu na sen. wstaliśmy o 6.18, zebraliśmy sie, umyliśmy na Orlenie, zjedliśmy jakieś śniadanie i ruszyliśmy dalej w trase. Tego dnia sie szło wyjątkowo cieżko, niewiem czemu, po prostu jakoś tak. Gdy wreszcie dotarliśmy do Kutna, pochodziliśmy troche po nim w poszukiwaniu bankomatu. Potem ruszyliśmy na PKP aby Mariusz mógł wrocic do domu. Poczekaliśmy ok 1,5h na pociąg dla niego i pojechał. Miło było spotkać znajomą twarz i powędrować choć chwile z kimś kto mi odpowie bo Verga strasznie nieśmiała i sie nic nie odzywa:P dla mnie był to trudny moment, bo przyszła mi straszna ochota na powrót bądz na podjechanie gdy syszałem co chwile że jedzie pociag do wawy czy włocławka. No ale sie powstrzymałem i po odjechaniu Mariusza ruszyłem na piechote :P szło sie także cieżko, ale byłem szczęśliwy bo miałem załatwiony nocleg w Gostyninie dzieki Panu Andrzejowi (czytaj: kierownik:P) z Kobyłki;) jednak krótki sen w nocy owocował podczas wedrowki. raz zatrzymałem sie aby podwinąc nogawki i jakoś tak usiadłem i jakos tak usnąłem. I zamiast 2min spędziłem tam 20min:P potem jeszcze troche km i dotarlem do Gostynina. Tam szedłem sobie główna ulica i podjechał do mnie Tomek u którego miałem spać. okazało sie ze ominąłem jego ulice, na szczeście o raptem moze 100m. potem dotarliśmy do jego mieszkania, zjadłem kolacje, szybka kąpiel, potem jeszcze prgram o czarownicach i spać. niestety nie był to długi sen bo od 24 do ok 7.20. No ale to lesze niż w Piątku:P

środa, 24 Czerwca 2009



23 czerwca 2009 DZIEŃ XV - Piątek

No dobra. Troszkę o wtorkowym dniu . A więc z powodupóźnego pójścia spać po nocnym zwiedzaniu miasta Łódźwstalismy dopiero ok 11. No iznów cieszyłem się że byłem tam gdzie byłem bo znów ukazał się obraz jajecznicywnoszonej do pokoju na śniadanie. Zjedliśmy to pyszne jedzonko, pogadaliśmy sobie no i zaczęło się żegnanie bo bocian i komandos musieli już iść. Potem Tyka też wyszedł a my powoli się wzięliśmy za pakowanie.dosłownie powoli bo planowaliśmy wyjść o 13, a w ostatecznym rozliczeniuwyszlismy wraz z Tyką o 15:00. trzeba było w końcu pogadać, wypić herbatę itd.. gdy już wyruszyliśmy to szliśmy cały czas wzdłuż torów tramwajowychdo super parku linowego. Był super, aż przyszła mi ochota zrobić takie coś w wawie potem poszlismy dalej i zastanawiając sie gdzie spać uznaliśmy że idziemy do budynku w lesie lub pod chmurką. Ale najpierw budynek. Jak go znaleźliśmy to okazało się że to stara ruderai że spać sie nie da. Noto chmurka, zrobilismy małe ognisko, hamaki gotowe do snu, kiełbaski na ogniu się pieką, takie noclegi bym chciał codziennie, niestety akurat gdy ognisko dogasało zaczęło padać i spanie na hamaku skończyło się na dalszej wędrówce.Doszłiśmy w ten sposób o 1:30 do Piątku, srodka Polski.Jako że trudno o tej porzeznaleźc nocleg więc się rozłozylismy na przystanku...w środku miasta, 30 m pomnika środka kraju w ten sposób spędzilismykrótką noc, gdyż tylko do 6:18 ale o poranku w następnym odcinku...dziękuję za uwagę.

wtorek, 23 Czerwca 2009



22 czerwca 2009 DZIEŃ XIV - Łódź

Rano z Mariuszem wstaliśmy (chyba) po 9 i poczułem super zapach jajecznicy. A chwile potem Bocian i Tyka wnoszą żarcie i herbatę do pokoju Czułem się jak w niebie, gdyby nie to że spałem na ziemi w śpiworze to prawie jak śniadanie do łóżka Zjedliśmy to super śniadanie (3normalny posiłek na wyprawie), tamci poszli do pracy, a my postanowiliśmy zrobić dzień wolnego. Mariusz może bardzo zmęczony nie był (od stacji było raptem kilka km) ale ja osobiście w ciągu dwóch dni zrobiłem ponad 100km z moją towarzyszką Vergą (z leśniczówki miałem 86km do południowej granicy Łodzi, a jesteśmy prawie na końcu u Góry) No więc siedzimy sobie w mieszkaniu Kamila które mi się zajebiście podoba (masz głowę chłopie do urządzania mieszkań korzystam z neta ile dam rade, słucham muzyki i odpoczywamy, gdyż Verga to nawet na dwór nie woła prawie cały czas śpi z lekkimi przerwami Zrobiłem sobie wczoraj pranie (tym razem w pralce) i jestem zadowolony z siebie, bo jest dobrze, mógłbym tu zostać tydzień (Tyka się zgodził) ale jutro trzeba będzie iść Kurcze, to już 14 dni a nawet połowy drogi nie mam zrobionej ale damy rade jakoś Sam dzień był siedzący, jednak wieczorem wyskoczyliśmy na miasto Ja, Mariusz, Bocian (Rafał), Tyka (Kamil), Rafał i Maniek. Zwiedziliśmy Manufakture (zajebiste centrum handlowe), Chińska knajpę na najdłuższej spacerówce Łodzi, kilka pomników, muzeum z czasów wojny, oraz Harcerski Las. Ogólnie było zajebiście i mimo ze rano ruszamy, to kończę ten tekst po 4 w nocy czyli jakieś 4-6h snu (przy założeniu ze już bym poszedł spać, a nie sądzę aby się udało przed 4, a może nawet 5 Ale olać, zrobimy jutro krótszy odcinek, a w środę nadrobimy No dobra, chyba tyle o tych 3 dniach. A w ciągu dnia ruszamy (jak to dobrze brzmi ruszamy ) dalej na północ Jeszcze długa droga, ale teraz będzie lepiej, bo bezpośrednio na wprost, a nie krętymi drogami. No to dobranoc

poniedziałek, 22 Czerwca 2009



21 czerwca 2009 DZIEŃ XIII - 83 km do Łodzi

Następnego dnia, tzn w niedziele, wstałem przed 8 i o 9.02 byłem już za bramą i znów asfalt do Pabianic gdyż byłem gdzieś w połowie drogi może. Ale w pewnym momencie jak zrobiłem sobie postój na bocznej drodze gostek jakiś poradził abym ominął Pabianice i poszedł przez Rydzyny. Sprawdziłem na mapie i miał racje, prze Pabianice miałbym kąt prosty, prze Rydzyny w linii prostej do Łodzi. Gdy zatrzymałem się przy jedynym w okolicy sklepie, w dodatku zamkniętym akurat tego dnia, podszedł do mnie gostek, bardzo dziwny człowiek, ale cóż, nie powiem spadaj gościu . Najpierw zaczął mi pokazywać drogę do Łodzi (którą już znałem) i choć mu mówiłem ze NA PIECHOTE to wszystkie jego wskazówki szły do Pabianic do...pętli autobusowej potem coś gadał o cenzurze map w Polsce gdyż są błędy w stosunku do rzeczywistości (mi się wydaje ze to po prostu brak aktualizacji mapy z '94 i to ze polska się rozwija). Potem mi coś tłumaczył ze Korona Świata to 14 szczytów (a myślałem ze mamy 7kontynentów) No ale z czasem sobihttp://start.ubuntu.com/9.04/e poszedł i miałem wreszcie spokój Po chwili ruszyłem dalej. Do Łodzi doszedłem gładko, ale potem idąc przez Łódź był słabo, bo nogi już wysiadały a droga się dłużyła a jeszcze co chwila tramwaj jechał obok, to aż chciało się wejść i pojechać do celu Dotarłem z czasem na Dworze PKP Łódź Fabryczna i spotkałem wreszcie znajomą twarz Mariusza który do mnie dojechał na kilka dni. Ale to miłe uczucie, 13 dni samotności, tylko z małomówną Vergą i ludźmi którzy pytają wciąż o to samo, a tu wreszcie znajomy Potem poszliśmy dalej, gdyż Bocian (Rafał) załatwił nam nocleg... w mieszkaniu Tyki (Kamil) Obaj należą do Czarnych Koni, ekipy niezastąpionej na NASZEJ 5 TRASIE Też się ucieszyłem ich widząc, bo co więcej znajomych tym lepiej dla mojej psychiki Tyka wrócił do domu koło 23 i potem do 2 w nocy gadaliśmy o wszystkim i o niczym

niedziela, 21 Czerwca 2009



20 czerwca 2009 DZIEŃ XII - Przez Bełchatów po Pabianice

No to tak, w nocy z piątku na sobotę spałem w leśniczówce i z ręką na sercu, był to chyba najlepszy nocleg do tamtej nocy. Rano jak wstałem, to gospodarze dali mi śniadanie, pobawili się z Vergą (tzn 3 letni Kuba) a pani domu dała mi jeszcze kanapki na odchodne za co bardzo dziękuje, gdyż miałem chociaż obiad na trasie. Dodatkowo sprawdzili mi najkrótszą drogę do Łodzi którą też się udałem w tamtą stronę. W sobotę początkowo szedłem drogą gruntową, potem troszkę uczęszczaną drogą asfaltową a potem... drogą wewnętrzną terenu Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów dobrze ze mnie ochrona nie zwinęła troszkę tam pobłądziłem, bo 12 lat temu była tam wieś (wtedy powstała mapa której używałem) a teraz tylko wielki dół. No ale jakoś dotarłem do Bełchatowa i potem czekała mnie dłuuuga wędrówka asfaltem do Pabianic niestety była to najkrótsza droga, a z powodu bólu nogi nie myślałem o iściu bokiem, a dłużej. Gdy dotarłem do miejscowości Drużbice postanowiłem poszukać noclegu gdyż robiło się już ciemno a nogi mi wysiadały ze zmęczenia i od asfaltu poszedłem jeszcze kawałek i zacząłem pytać Gręboszowie. W pierwszym domu nic, ale w drugim już się udało. Początkowo miałem spać na sianku, już nawet karimatę sobie rozłożyłem, ale potem gospodarze uznali ze położą mnie w pustym domu, gdyż sami wybudowali nowy obok i tamten stoi pusty, tylko pralka tam była no i łóżko no i rozłożyłem się, dostałem kolacje i było fajnie, bo ciepło Ogólnie pogoda tego dnia była najlepszą jaką mogłem sobie wymarzyć chłodno, brak deszczu i wiatru oraz słońca, oby tak zawsze.

sobota, 20 Czerwca 2009



19 czerwca 2009 DZIEŃ XI - 83 km do Łodzi

No to dziś było tak. dzień zaczął mi się dość późno gdyż wstałem dopiero po 12 ludzie nie chcieli mnie budzić bo byłem zmęczony. ale spało się dobrze.Dali mi sniadanie i ruszyłem. Przez 1,5 hbyłem cały mokry, tyle że z potu bo było tak gorąco. Jednak koło 14-15 zaczęło padać.No i jak zaczęło to chyba ktoś zapomniał wyłączyć ten deszcz bo lało dobre 3h. W dodatku scigałem się z burzą, zmierzaliśmy w tą samą stronę no i chyba był remis bo cały czas byłem mokry. W pewnej miejscowości chciałem być cwany bi iść wedłóg szlaku starego( mapa jest sprzed 14 lat, wtedy szlaki były inaczej)niestety tu zabudowane tam co innego i wyszło na to że fragment ok 2-3km gdybym szedł asfaltem pokonałempo ok 2h idąc wzdłuż wartya potem przebijając się przez lasdo jakiejkolwiek cywilizacji. Deszcz cały czas padał, ale już mniejszy. Zrobiłem krótki postój i ruszyłem asfaltem do Strzelce Wielkie. wprawdzie nie tumiałem spać ale przez nogę i oglądanie Warty stracilem bardzo dużo czasu. Jako że w Strzelcach byłem po 19 to szedłem kawałek dalej. We wsi Zamość pukałem do wszystkich drzwi , jednak nikt nie chciał przyjąć wędrowca z piękną hasiorkąno to ryzykowałem i poszedłem dlaej w las bo na mapie był tam jeden dom, jedna szansa inaczej kolejne domy za ponad godzine a było już ciemno. No ale pomyślałem że i tak nie mam nic do stracenia bo w Zamościunikt mnie nie chciał. Poszedłem. Spytałem no i się udało. Dostałem kolację, herbaty do woli. Verga poczatkowo miała spać na dworzu ale te jej umiejętnościprzekonywania ( czytaj: koncerty oraz niebieskie oczy) sprawily że śpi ze mną w pokoju. Na łożku a ona na ziemi obok. Gdy się myłem , zauważyłem że lewą nogę mam spuchniętą, srednio na jeża mogę ją wyprostować, alena trasie nie jest tragicznie, do Łodzi mam 83 km a musze tam byc w Niedzielę, realne? A teraz z dedykacją dla Magdy z Łańcuta jest super. , przygoda pierwsza klasa.

piatek, 19 Czerwca 2009



18 czerwca 2009 DZIEŃ X - Za Częstochową

No dobra. 9 dzień wędrówki za mną. Dzisiaj szło się bardzo ciężko. Z początku z powodu gorąca, gdyż dziś dzien była bardzo ciepły. Doczłapałem się jakoś do Częstochowy i ten odcinek nie był tragiczny. Jednak po postoju na wylotówce z miasta zaczęła mnie boleć lewa noga. Ból naprawdę mocny, jak mało kiedy. Nie wiem od czego nie udrzerzyłem w nic ani źle nie stanąłem. Po prostu mięsień zaczął mnie boleć.Jednak trzeba było iść dalej. Postanowiłem zmienić trochę trasę i zamiast iść szlakiem jury wieluńskiej poszedłem wprost na północ, dotarłem do jakiejś miejscowości gdzie zalożyłem że będę spał i zacząłem szukać noclegu. PYTAŁEM W KILKU DOMACH JEDNAK NIC Z TEGO. W końcu znalazłem choc poczatkowo gospodarz myślałże chodzi o nocleg dla Vergi potem wytłumaczyłem i się udało, pogadalismy sobie trochę przy herbacie, bardzo miła rozmowa, śmiechowa, gdyż babcia puszczała takie teksty że Jacu przy niej to mały pikuś, potem dali mi maść na ból nogi, jednak niewiele daje. Zobaczymy rano kolację dostałem, wykąpałem się więc jestem zadowolony oby tak dlaej.

czwartek, 18 Czerwca 2009



17 czerwca 2009 DZIEŃ IX - KONIEC SZLAKU ORLICH GNIAZD

Sorki ale wczoraj padłem na łóżko i usnąłem zapominając o Bożym Swiecie i o relacjach. A więc tak dzień 8 wędrówki. Odpoczynek w Podlesicach jednak był bardzo przydatny, szło się bardzo dobrze., nawet przerw za dużo nie było. Ramiona juz tak nie bo,ą od ciężaru, Verga chodzi juz zajebiście ( rano maodchyły ale jest dobrze) tylko ta pogoda raz deszcz, raz gorąco trudno się przyzwyczaić. Chciałem powiedzieć że skałki tu są super, zamki piękne, awidoki zajebiste. Zwłaszcza z zamku w Olsztynie ( chyba widziałem elektro w Bełchatowie). Z noclegiem tej nocy na szczęście nie było problemu. Idąc sobie szlakiem zobaczyłem weterynarza. tak pomyślałem że uda się na Vergę no i sie udało. Początkowo miałem spać w garażu. Dramat, pajęczyny, wilgoć, bród , bałagan. No ale dach nad głową. Na szczęście potem się okazało że Pani weterynarz ma jeden pokój wolny , nom i skończyło się na tym że spałem na łóżku, a Verga na materacu. Posłuchałem radia, pierwszy raz od długiego czasu, dostałem zupy kalafiorowej( bardzo dobra) herbatki, poszedłem do siebie , umyłem się , karmienie Vergi i spać. Ptem rano na chwilę na trawnik z Vergą, potem dalej spać( zazwyczaj śpię do 9, dziś było podobnie) i było bardzo wygodnie. A dziś kierunek Borowno. Szlak Orlich Gniazd zakończony. Pozdrawiam.

środa, 17 Czerwca 2009



16 czerwca 2009 DZIEŃ VIII - ODPOCZYNEK

Dzisiejszy dzień był bardzo mało aktywny. Postanowiłem zgodnie z planem odpocząć jeden dzień. Wstałem koło południa i zrobiłem tylko spacerek do Rzędkowic ( około 6km ) i tyle. Wyprałem sobie rzeczy, wykąpałem się i odpocząłem. A Verga cały dzień prawie śpi. I dobrze , niech zbiera siły na jutro. No to chyba tyle. a jutro ruszam dalej .Zobaczymy czy dam radę po przerwie...

wtorek, 16 Czerwca 2009



15 czerwca 2009 DZIEŃ VII - Podlesice i dalej

Dziś dzionek zaczął się bardzo wcześnie bo wstać musiałemjuż o 7 rano, ruszyłem w trasę chwilkę przed 8 . Początkowo szedłem czerwonym szlakiem, wedłóg planu, jednakw pewnym momencie postanowiłem skrócić drogę i skręciłem na żółty szlak omijając Pilicę. W podzamczu zjadłem pierwszy obiad na wyprawie w stodole, miejscu znanym dla ekipy wspinaczkowej, fasola w chlebie i łazanki. Zajebiaszczo dobre. Potem podążałem dalej czerwonym do Podlesic (no dobra, musiałem kawałek odbić ze szlaku) po drodze złapał mnie deszcz,w Podlesicach byłem po 22 więc wszystko na złej drodze do noclegu. Poszedłem do stacji GOPR i "wiewióra znalazła mi miejsce. Trochę to zajęło ale się udało. Wprawdzie nie mam prysznica i ogólnienie ma luksusów, ale wszystko dobre jeśli tylko na łeb nie pada. a umyje się zaraz na deszczu, droga była dzisiaj strasznie piaszczysta, chyba wole asfalt i wyjatkowo małostrumyków a wodaszła szybko, ale się udało i żyjemy i jesteśmy cali zdrowi. A w głowie rodzą się nowe pomysły...

poniedziałek, 15 Czerwca 2009



14 czerwca 2009 DZIEŃ VI - Za Olkuszem

Dzien szósty , nocleg w Rabsztynie. Ogólniedzionek nie byłjakis niezwykły. Szedłem cały czas Szlakiem Orlich Gniazd i niewiele się działo. OjcowskiPark Narodowy jest piękny lecz jednak ilość turystów zniechęca mnie dopowrotu tam , skala podobna do Morskiego Oka. Idzie się lekko, a dochodząc do Olkusza nawet dość szybko. Plecak już nie ciąży, chyba się przyzwyczaiłem. Z noclegami coraz trudniej im dalej na północ, tym mniej ufni ludzie. Zobaczymy jak będzie dalej ale boje się myśleć co będzie jak dojdę nad morze, nocleguzacznę szukać chyba juz rano, tej nocy spałem pod wiatąprzy jakiejś restauracji.. I dobrze bo deszcz padał. Wlaśnie siedze w podzamczu w stodole i jem sobie fasole w chlebie a wcześniejłazanki. ZAJEBIASZCZO DOBRE.

niedziela, 14 Czerwca 2009



14 czerwca 2009 DZIEŃ VI - Za Olkuszem

CYTAT "Aguś, jestem strasznie zmęczony. Relacje napiszę rano . Nic mi nie jest, jestem za Olkuszem. Przepraszam, dobranoc." Picia, Łajza

niedziela, 14 Czerwca 2009



13 czerwca 2009 DZIEŃ V - Jak Łajza została strażakiem

5 dzień wędrowania za mną. Dziś dzień raczej nie przyniósł jakiejś niezwykłej przygody. Wstałem 5 rano gdyż Verga sobie trenowała na koncert uciszyłem ją i poszedłem dalej spać do około 9:00. Wstałem zjadłem sniadanie przygotowane przez panią gospodynię w miejscowości GAJ. Wrzuciłem zdjęcia i ruszyłem. Droga jak zwykle kiepsko oznaczona, ale mapa w rękę i jazda. Do Krakowa na Wawel oczywiście nie wpuścili z psem, szkoda że siostrzyczi się nie udało spotkać, ale skoro powiększyła liczbę obywateli o KUbusia to jej wybaczam, potem powędrowałem na północ Krakowa szukać początku szlaku Orlich Gniazd. Początku nie znalazłem, ale trafiłem na niego w trakcie. Potem dotarłem do miejscowości gdzie miałem spać, ale sie nie dało nic znaleźć ( pierwszy raz miałem problemy z noclegiem ) to poszedłem dalej. No i wyszło na że śpię w miejscowości Giebułtów w ... wozie strażackim, a verga w/pod/obok niego. Dobra życzę wszystkim dobrej nocy.

sobota, 13 Czerwca 2009



12 czerwca 2009 DZIEŃ IV - Prawie Kraków

No dobra. Odcinek 4 przygody pod tytułem wyprawa ZGDM nosi nazwę "poszukiwacze zaginionego szlaku" ogólnie dzisiaj dzień był raczej zmienno pogodowy. Złapały mnie po drodze 2 burze i jeden zwykłydeszcz bez grzmotów i piorunów. Poprzednią noc spałemw miejscowości Skomielna czarna i od tamtąd szedłem do Bieńkówki niebieskim szlakiem . Potem asfaltem do Sułkowic a potem znów niebieskim do rez. kozie Kąty.Potem chwilkę zielonym i dotarłem z Mogilany do Gaju.Szło mi dobrze wręcz chyba najlepiej jak dotychczas. Przyzwyczajam się do cięzaru i Verga chyba też bo dziś zdarzało się że ciągnęła i to całkiem długo, teraz śpie w domu, w jednym pokoju, a vergunia w kojcu na dworzu. Troszkę wyła, ale już jest dobrze. OSTRZEŻENIE!!!. Niebieski szlak od Sułkowic do rez. Kozie Kąty TYLKO dla wytrawnych poszukiwaczyszlaków lub osób mających dużo czasu na chodzenie po lesie i szukanie drogi. Ps. Widzę Kraków.

piątek, 12 Czerwca 2009



11 czerwca 2009 DZIEŃ III - Skomielna Czarna

Spałem w miejscu gdzie nie miałem zasięgu nawet alarmowych. No dobra. 3 Dzień za mną. Ogólnie było...mokro. Ale od początku. Wstałem sobie o jakiejś 9 gdyż po szczycie na którymspałem kręcili się jacyś tubylcy wstałem, zebrałem się i ruszyłem. Największy problem miałem z dotarciem do szlaku wiodącego na Luboń Wielki. Szedłem przez strumień, pokrzywy, las, ale w końcu się udało. Jak już dotarłem do szlaku to poszło łatwiej, choć Verga chyba tego szczytu nie lubi bo nie chciała iść. posiedziałem chwilę na górzei ruszyłem dalej. 20 minut od schroniska złapała mnie burza ( deszcz grad, pioruny- nic nadzwyczajnego ). Gdy burza ustała ruszyłem dalej. Doszedłem do znanej CzeNeCe miejscowości Jordanów. To tam spędzilismy na obozie kilka dni ( przez co w Bieszczadach tylko dzień ) bo był basen i wogóle było fajnie. I tam jedłem swego pierwszego kebaba w życiu, kupiłem kolację i ruszyłem dalej. Jak tak szedłem niebieskim szlakiem zobaczyłem Lubon Wielki. I aż mnie zdziwiło jak to daleko. I potem jeszcze widziałem Tatry, ciekawe czy jeszcze je zobaczę na wyprawie. No teraz śpię w miejscowości Skomielna Czarna. Cały czas te kilka km w plecy, ale trudno...

czwartek, 11 Czerwca 2009



10 czerwca 2009 DZIEŃ II -

No dobra . Drugi dzien wędrówki za mną. Hasło na dzisiaj ???? Nie ufaj miejscowym!!!! Wedłóg założenia miałem dzisiaj do pokonania chyba 36 km, skończyło się na około 45-50 km. gdyby nie liczyć ucieczki Vergi przed krowami, kilkakrotnych łaskotek przez prąd, częstej wędrówki "na północ" mimo braku szlaku, ( ba!często gęsto nawet drogi nie było, środek lasu a ja na przełaj), mylnych podpowiedzi miejscowych które doprowadziły mnie na inny szczyt niż chciałem czego efektem jest to że spie pod chmurką, a nie w schronisku PTTK i spotkania milionow psów które jak jeden Pan szczekają na Vergę, to chyba nie dzialo sie nic ciekawego.czekam na jutro.

Środa, 10 Czerwca 2009



9 czerwca ROZPOCZYNAMY RELACJĘ NA BIEŻĄCO - I DZIEŃ ZAKOPANE - ZĄB

Wczoraj późną nocą Przemek wyruszyl na swoją wyprawę. Pociągiem do Zakopanego. Przed startem pożegnaliśmy go kadrą drużyny i życzyliśmy wszystkiego naj. Od tej pory mam nadzieję codziennie będę uzupełniać stronę newsami z wyprawy śledźcie je i wpisujcie komentarze które będę Przemkowi przesyłać sms-em. Wasze wsparcie dla niego jest bardzo ważne .

ZACZYNAMY

No i dzień I za mną. Za nim go opowiem chcialem na wstępie gorąco jeszcze raz podziękować osobom, dzięki którymten wyjazd doszedl do skutkuWam wszystkim którzy kupiliście km, ale także a może przede wszystkimTobie agnieszko i Tobie Darku za to że mnie wspieraliście cały ten czas przygotowań.Pomagaliście udzielaliście wskazówki co i jak , zrobiłeś mi Darku tę stronę, pozwoliłas mi kilka razy Agnieszkojechać do fundacji z Tobą abym mógł popracować nad przygotowaniem tego. Wielkie dzięki, niezapomnę wam tego. A teraz o trasie . A więc zaczęło się od spóźnionego pociąguna wschodnim o 30 minut.Zamiast o:52 pojechałem o 1:30. Początkowo stałem, lecz udało mi się znaleźć luźny przedział. Jak usiadłem to jakoś usnąłem no i w Katowicach miałem jakies 2 minuty aby wstać , zebrać się i zmienić wagon bo jedne jechały do Zakopanego inne nie.Potem stałem koło kibla, pogadałem z jedną panią wracającą z Grecji (pozdrawiam), znalazłem przedział i znów usnąłem. Konduktor obudził mnie w Zakopanem. następnie udałem się na parking w Palenicy. Z powodu remontu, godziny i kilku innychpowodów zrezygnowałem z wchodzenia do TPN, więc trasę zacząłem na parkingu, gdyż nie miałem mapy tych okolic, więc zrobiłem jakiś 10km-15km na rozgrzewkę dodatkowo. Szło się ciężko ramiona bolą ale co poradzić. W pewnym momencie dotarłem do miejscowości Ząb, pierwszej jaką miałem na mapie. I od tej pory juz łatwiej, choć przez rozmowę przez fona pomyliłem lekko drogę, ale i dobrze bo krótsza. Sporo osób na trasie się mnie pytało gdzie idę a jak mówili to nie wierzyli. Ich sprawa gdy zaczęło się robić ciemno postanowiłem że starczy i znalazłem nocleg u Sołtysa jednej z okolicznych wsi. Jest ciepło , dach nad głową , ciepły prysznic, prawie jak w domu i tylko jutro muszę nadrobić dodatkowe 5km których mi zabrakło do planowanego końca dzisiejszego.Ale będzie dobrze.Dobra chyba tyle . dobranoc.

Osoby które ostatnio kupiły km , wielkie dzięki

Małgorzata i Jerzy Radko 4km
Robert Radko 4 km
Dariusz i Agnieszka Radko 20km

Wtorek, 9 Czerwca 2009



8 czerwca 2009 KOlejne wpłaty Mała Zmiana planów

Kolejne kilometry sprzedane dziękuję bardzo. Już ponad 200 km sprzedane.Mimo iż wszystkich jest 817, ale i tak ruszam licze że jakoś się ułoży. Musi. Miałem male przygotowanie kondycyjne na Rajdzie świętokrzyskim z którego wczoraj wróciłem i lada moment ruszam. Co prawda nie udało się wyruszyć jak planowałem z samego Rajdu ale chyba to i lepiej , dzięki temu może mniej rzeczy zapomnę zabrać. Dziękuję za zakup kilometrów i czekajcie na certyfikaty ...


RADOSŁAW J POTRAC 4 km
KAROLINA KATARZYNA PNIEWSKA 3km
ETANIA.PL IZABELA BRZESKA 5km
KAROLINA BARTOS 10km
JOANNA ELŻBIETA DZIEDZIC 2km
HENRYKA KUR 4km
to są osoby które kupiły km

jeszcze do tego mój wujek kupił 20km----Paweł Szewczyk

Poniedziałek, 8 Czerwca 2009



3 czerwca 2009 Jeszcze JEDEN Dzień

Kolejne 11 km sprzedane. Serdecznie dziękuję dwóm paniom Ewie i Katarzynie. Serdeczne dzięki . Może już niedługo pęknie 200km. Oj będę miał dla kogo iść i motywacja nie osłabnie bo teraz to ja już nie chce a muszę. Serdecznie dziękuję.

środa, 3 Czerwca 2009



2 czerwca 2009 WSPANIAŁY PORANEK

Wspaniały poranek !!! Nowe wpłaty na konto ale szczególnie jedna zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Pani Aniu została pani moim sponsorem tytularnym. ANNA LIPIŃSKA-KANIOWSKA EXPEDITION 2009. Dla Pani przejde całe 100km. he dziękuję wszystkim którzy mi pomagają . A oto właściciele kilometrów . SPRZEDAŁEM już 185 KILOMETRÓW. SZOK. Jeszcze tylko 2 dni...

Anna Lipińska - Kaniowska
Patrycja Gierałtowska
Joanna Radziwiłł
Filip świątek
Zuzanna Szopowska

wtorek, 2 Czerwca 2009



1 czerwca 2009 I kilometry sprzedane

He właśnie sprzedalem kilka kilometrów i dusza sie raduje. Fajnie że pomagacie dzięki Wam jestem coraz bliżej sukcesu. Jeszcze dwa dni i wyjazd , tyle spraw , tyle rzeczy do zrobienia ale czego nie zdąże to już zostanie takie jakie jest. Trzymajcie kciuka he.

poniedziałek, 1 Czerwca 2009



26 MAJA 2009 STRONA UKONCZONA

Jeszcze kilka dni do wyprawy. Strona ukończona. Jeśli są jakieś błędy dajcie znać koniecznie. Już się nie mogę doczekać . Przygoda przede mną. Nic tylko zostaje czekać. A jakbyście chcieli mnie wesprzeć ruszyła akcja "Nakilometr" - wejdźcie w zakładke i jak przemawia to do Was wrzućcie na konto parę groszy. He

wtorek, 26 Maja 2009



16 MAJA 2009 STRONA UCZESTNICY DODANA

Druga z podstron powstała. Możecie teraz dowiedzieć sie tego co o sobie sam napisałem. Możecie się dowiedzieć tyle co sam chcialem przekazać i jak ja się widzę. Jest też opis mojej towarzyszki Vergi bo ze mnie nie tak do końca Samotna łajza. He

piątek, 16 Maja 2009


15 MAJA 2009 STRONA GŁÓWNA WYKONANA

Witam po raz pierwszy. Na razie pierwsza strona, reszta juz wkrótce. Na razie poczatek mojej bytności w internecie, ale od czegoś trzeba zacząć. Zapraszam zaglądajcie na stronę. Jak tylko będzie troszkę czasu uzupełnię resztę działów żebyscie mogli się dowiadywać o moim pomyśle na tegoroczne wakacje. Wpisujcie sie do księgi gości. Pozdrawiam.

czwartek, 15 Maja 2009